Dawniej niska ocena była sygnałem dla ucznia, iż trzeba popracować nad materiałem. Dziś coraz częściej stanowi problem, który rodzic próbuje "rozwiązać" za swoje dziecko. Wiadomości w stylu: "Córka nie zasłużyła na trójkę, zawsze dostawała piątki, więc proszę to poprawić" czy "Syn miał gorszy dzień, nie można go karać oceną!" – to dla nauczycieli chleb powszedni. Niektórzy rodzice idą o krok dalej i domagają się anulowania sprawdzianów lub możliwości poprawy oceny choćby wtedy, gdy dziecko nie wykazuje żadnej chęci do nauki.
Rodzice składają skargi na nauczycieli, którzy "psują średnią" ich dzieciom, a jeżeli nie dostają tego, czego chcą, grożą dyrekcji interwencją w kuratorium lub choćby prawnikiem. Coraz częściej padają argumenty: "Szkoła jest utrzymywana z moich podatków, więc mam prawo wymagać".
Nauczyciel na każde zawołanie?
Rodzice coraz częściej oczekują, iż nauczyciele będą dostępni przez całą dobę, jak stacje benzynowe. Wiadomości w e-dzienniku wysyłane o 22:00, a rano skarga do dyrekcji, bo "nauczyciel nie odpisał w nocy" – to rzeczywistość, z którą mierzą się pedagodzy. Często oczekuje się natychmiastowej reakcji na każde pytanie, choćby jeżeli dotyczy ono sprawy, którą uczeń mógł sam wyjaśnić w szkole.
Są też rodzice, którzy przychodzą do szkoły, by rozliczać nauczyciela z każdego kroku. "Dlaczego syn dostał uwagę za przeszkadzanie? Przecież to tylko dziecko!" albo "Proszę więcej go nie poprawiać na lekcji, bo się stresuje". Niektórzy chcieliby choćby ustalać program nauczania – odrzucają lektury, bo "są nudne" lub żądają usunięcia konkretnego tematu z lekcji, bo "dziecko się tym nie interesuje".
Dziecko nie musi czytać, pisać ani odpowiadać na pytania
Kolejnym zjawiskiem jest podważanie zasad panujących w szkole. Rodzice coraz częściej domagają się, aby ich dziecko miało specjalne traktowanie: "Syn nie chce czytać na głos? To jego prawo, proszę go do tego nie zmuszać". Nie chodzi tu o dzieci z orzeczeniami, które rzeczywiście wymagają indywidualnego podejścia, ale o uczniów, których rodzice po prostu nie chcą, by ich dzieci napotykały jakiekolwiek trudności.
Zdarza się, iż rodzice zabierają dzieci na wakacje w trakcie roku szkolnego, proszą, by ich dziecko nie było odpytywane przy tablicy albo by dostosowywać metodę sprawdzania wiedzy do preferencji dziecka. "Szkoła nie powinna wywoływać stresu" – powtarzają, jednocześnie odbierając dzieciom możliwość nauki radzenia sobie z wyzwaniami.
Szkoła to nie placówka usługowa
Jeśli pozwolimy, by edukacja stała się grą pod dyktando rodziców, zamiast uczyć dzieci samodzielności i odpowiedzialności, wychowamy pokolenie, które będzie wymagać, ale nie będzie gotowe ponosić konsekwencji swoich działań. Szkoła nie jest sklepem, w którym można reklamować oceny, nie jest restauracją, w której klient zamawia "szóstki bez wysiłku i bez stresu", ani stacją benzynową czynną 24 godziny na dobę.
Wymagania, oceny i konsekwencje są częścią edukacji, tak jak w przyszłości będą częścią życia dorosłego. jeżeli rodzice przez cały czas będą traktować nauczycieli jak ekspedientów, a szkołę jak miejsce, gdzie spełnia się wszystkie ich oczekiwania, bo "klient zawsze ma rację", to w końcu edukacja przestanie pełnić swoją rolę. A skutki tego poniosą przede wszystkim ich dzieci.