'Nadbrzeżny skowronek i gile'. Część druga. / Schwengel2009

publixo.com 5 godzin temu

Część druga

Wiedziałem z doświadczenia, iż dziki ptak w drucianej klatce zawsze uderza swoim ciałem o druty klatki – druty są tak cienkie, iż wydaje się jemu, iż łatwo jest uciec. Ale takie uderzanie zawsze zabija ptaka. Jednak dzikie ptaki w klatce o drewnianych kratach nie uderzają w ściany klatki choć, oczywiście, próbują ponownie wydostać się na wolność. gwałtownie zrobiłem ogromną klatkę z drewnianymi kratami. Klatka była wysoka na jedną stopę ale we wnętrzu uczyniłem ją o jeszcze jedną stopę wyższą aby w jej środku mogły latać. Skowronek nadbrzeżny latał w górę i w dół cały dzień. Gile latały dookoła i siadały na małym, horyzontalnym pręcie, który dla nich zrobiłem. Karmiłem je i studiowałem ich nawyki żywieniowe. Uczyniłem dla nich miksturę, która nazywa się „słowiczym pokarmem” i to, wraz z nasionami kanaru, jadły i bardzo lubiły. Wielką euforią było dla mnie obserwowanie ich poczynań. Gile gwałtownie się oswoiły i niedługo nauczyły się pobierania pokarmu z moich dłoni. Nadbrzeżny skowronek pozostał dziki. Wtedy pomyślałem, iż mógłbym oswoić je bardziej i szybciej, gdybym spędzał z nimi więcej czasu. Wziąłem klatkę do mojej sypialni i byłem bardzo zadowolony z mojego eksperymentu. Gile niebawem nauczyły się siadać na mojej ręce. Później posunąłem się krok dalej i pozwoliłem im na loty po pokoju. Latały dookoła wielce podniecone, a w końcu jeden z nich siadał na moim ramieniu. Nie ruszałem się. Chwilę później nadleciał drugi i niedługo mogłem dokarmiać je siedzące na moim ramieniu. Były najbardziej ukochanymi przeze mnie patkami, jakie kiedykolwiek znałem. Nauczyły się przylatywać na zawołanie i latały po moim pokoju cały dzień. Inaczej rzecz miała się z nadbrzeżnym skowronkiem. Latał w górę i w dół klatki cały dzień, a jego długie i tęskne „cip, cip” brzmiało bardzo smutnie. Nigdy nie usiadł na drążku w górnej części klatki.
Wielkimi krokami zbliżała się wiosna. Pióra gili lśniły jaśniej ale skowronek latał jeszcze bardziej dziko w górę i w dół, ku podłodze klatki, przez cały dzień, wraz ze swoim smutnym „cip, cip”. Zdecydowałem się dać mu tę samą wolność, którą miały szczęśliwe gile. Otworzyłem drzwiczki klatki i stanąłem obok. Zerkał powoli na otwór i lękał się wyjść na zewnątrz. Stopniowo rozumował, iż tu oto otwierała się przed nim wolność. Skoczył naprzód, wydał z siebie jedno głośne „cip, tiural, cip” i pofrunął w górę z całej siły, ślepo, dziko uderzając w sufit, po czym padł martwy u moich stóp. Usiadłem wraz z małym, martwym ciałkiem w mych dłoniach i łzy nabiegły mi do oczu. Nie chciałem go zabić. Chciałem mieć go dla siebie. Gdy tak siedziałem, dwa gile usiadły na moich ramionach i szeptały jakieś słowa, których nie mogłem zrozumieć. Miały dla mnie wiadomość, a ja poszedłem od razu aby spełnić ich życzenie. Otworzyłem okno i delikatnie wypuściłem je na zewnątrz. Czując, iż są wolne poleciały coś szepcząc, dalej i wyżej, aż zniknęły gdzieś w północnym kierunku, prowadzącym do ich domu. Pozostawiły mnie w moim samotnym pokoju wraz z martwym, nadbrzeżnym skowronkiem.

Idź do oryginalnego materiału